Na końcu świata, tak jak na wszystkim, można dobrze zarobić.

Koniec świata miał być na przełomie 999/1000 roku, potem wraz z końcem XIX wieku, następnie na przełomie 1999/2000 a teraz… już za trzy tygodnie, czyli 21.12.2012. Nie wiem jak było kiedyś, ale pod koniec wieku XX specjaliści od marketingu wyczuli, że na końcu świata można nieźle zarobić. W sprzedaży pojawiły się zestawy survivalowe, oprogramowanie przeciwko Y2K, w mediach przestrzegano przed różnego typu zagrożeniami. Ludzie kupowali długoterminowe produkty spożywcze oraz zestawy z urządzeniami do przetrwania, jak również różne przydatne gadżety. Popularnością cieszyły się także parasolki, na wypadek gdyby apokaliptyczne słońce stało się dla gatunku ludzkiego zbyt uciążliwe.

Koniec końców, koniec świata nie nastąpił. Zaczęła się jednak era marketingu końca świata. Specjaliści od razu wyszukali następną datę końca świata, tym razem wg kalendarza Majów i wypada ona na 21.12.2012. Zaczęto promować tą datę końca świata w mediach.  Zaczęto także reklamować  produkty z tym związane. Rozpoczęły się wycieczki do Meksyku w celu powstrzymania końca świata, powstały filmy „Pojutrze” i „2012” a od jakiegoś pół roku mamy szansę coraz częściej czytać o nadchodzącym końcu. Kolejne anomalie pogodowe (trąby powietrze, tsunami, powodzie) są traktowane jako zapowiedź tego, co nieuchronne. W ostatnich dniach w mediach coraz więcej jest kampanii reklamowych z motywami końca świata: jedni organizują wyprzedaże na koniec świata, inni koniec świata odwołują bo promocje są zbyt fajne. A jeszcze inni na tym dobrze zarabiają. Rozmawiałem kiedyś z jednym Meksykaninem i zapytałem go, jak to jest z tym końcem świata. Odpowiedział: „Kalendarz Majów rzeczywiście kończy się 21.12.2012. Ale nie oznacza to końca świata a jedynie koniec pewnej  epoki. Czyli nic nowego: coś się kończy coś zaczyna”.