To naprawdę dobra płyta, a teraz pojawiła się jej reedycja.

Lana del Rey to pseudonim amerykańskiej wokalistki, która w krótkim czasie zyskała popularność na całym świecie. Dlaczego o tym piszę, na portalu o promowaniu i dopiero teraz? Powodów jest kilka.

Po pierwsze dlatego, że wg mnie to naprawdę dobra płyta i ciekawa wokalistka. Lana nie lansuje się a promuje. Portale plotkarskie piszą o niej głównie przy okazji sesji w jakimś prestiżowych magazynach albo premiery nowego teledysku. LDR w sposób profesjonalny zarządza swoim wizerunkiem i swoją karierą. Pomaga jej w tym ojciec, który jest amerykańskim milionerem i który do promocji jej płyty i muzyki zatrudnił dobrych specjalistów. Może nie najlepszych, ale wystarczyło. (podobnie Natalia Lesz, ale próżno u niej szukać chociażby ułamka takiej popularności jak u LDR. Słowem, ta wokalistka wie jak się promować.)

Po drugie, muzyka LDR jest bardzo specyficzna, charakterystyczna i rozpoznawalna. Ma to „coś”, czego szukają producenci muzyczni, żeby nie powielać Britney Spears albo robić kolejnego Backstreet Boys. Lana jest jedyna w swoim rodzaju. I robi ciekawą muzykę. Poza tym jej teledyski są wizualnie ciekawe i wprawiają w dobry nastrój. Jej piosenkę „Summertime sadness” latem grały wszystkie stacje radiowe, chociaż piosenka jest smutna a teledysk opowiada o samobójstwie. Jednak ma to taki urok, że przyjemnie się tego słucha.

Po trzecie, w listopadzie ukazała się reedycja jej debiutanckiej płyty pt BORN TO DIE: PARADISE EDITION. „The Paradise Edition” to coś więcej niż edycja specjalna albumu „Born To Die”.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Na płycie znajduje się bowiem 15 znanych już utworów oraz aż 9 dotąd nieznanych kawałków. (to prawie jak druga płyta) .Promują ją dziesięciominutowy teledysk pt „Ride”. Chociaż piosenka trwa około 4 minut, to klip jest dwa i pół razy dłuższy. W mojej opinii jest to świetne uzupełnienie i tak już dobrego albumu „Born to die”.

Promocja twórczości oraz samej osoby Lany del Rey nie jest prowadzona w stylu „britneymanii”. Na każdym kroku nie zobaczymy koszulek, parasolek, różnych gadżetów z jej wizerunkiem. Nie ma się wrażenia, że wszędzie jej pełno. I bardzo dobrze. O jej popularności  – oprócz ilości sprzedanych płyt i ilości odsłon klipów na youtube – może świadczyć fakt, że na pół roku przed jej warszawskim koncertem, biletów już brak. Tymczasem bilety na takich artystów jak chociażby STING wciąż są w sprzedaży.

PS.

Przy okazji, jeśli ktoś szuka dobrego muzycznego podkładu na Walentynowy wieczór, to „Born to die” idealnie się do tego nadaje.

PPS.

To moja pierwsza recenzja płyty w życiu jaką napisałem. Proszę zatem o wyrozumiałość. Obojętnie jak źle to nie wypadło, kolejne recenzje również się pojawią.