Stare powiedzenie mówi: Im wyżej wzlecisz, tym z większym hukiem spadniesz.

Historia polskiego Dreamlinera jest klasycznym przykładem jak nie należy się promować i sądzę, że niedługo znajdzie się w podręcznikach jako kliniczny przykład nieudolności.

Dreamliner wzbudzał zainteresowanie polskich mediów, a tym samym ludzi już od kilku dni, które poprzedzały jego przylot. Sam śledziłem kampanię reklamową nowego super samolotu, który zbliżał się do Polski. Samolot ten i z zewnątrz i w wewnątrz robił wrażenie. Ogrom z zewnątrz i bogactwo detali wewnątrz. W każdym fotelu  znajdowało się wiele różnych gadżetów: indywidualny monitor audio-video, gry, port USB, gniazdko elektryczne. Wszystkie urządzenia z nadrukiem Dreamlinera. Wszystko to robiło wielkie i bardzo przyjemne wrażenie. Polska wreszcie chciała i mogła być dumna ze swojej floty powietrznej, bo Dreamlinerów w barwach lotu miało być sztuk 8.

Wiem, że to nie wina PLL LOT, że Dreamlinery się psują (podobnie rzecz ma się z dreamlinerami w Japonii, Chile, Ameryce, Katarze i Etiopii). Ale kampania promocyjna tegoż samolotu w Polsce rozbudziła wielkie emocje i nadzieje wśród Polaków-pasażerów. Samolot można było np. zwiedzać w Krakowie. Żadna inna maszyna zakupiona przez Polskę nie miała takiej kampanii, takiej promocji  i żadnej nie poświęcono tyle uwagi w mediach, jak Dreamlinerowi. Ludzie się autentycznie cieszyli. Niestety nie wszystko złoto, co się świeci. Dreamlinery okazały się największym bublem w historii PLL LOT. A szkoda.

Jaka płynie z tego nauka dla osób zajmujących się promocją? Posłużę się kolejnym przysłowiem; aby nie kupować kota w worku. A jeśli już się to robi, nie znając do końca produktu, to nie robić mu w ciemno kampanii reklamowej, która koniec końców bardziej go ośmieszy niż wypromuje.